|
środa, 16 maja 2012
Czytam sobie w jednym z serwisów informacyjno-opiniowych artykuł, czy raczej wpis blogowy Tadeusza Bartosia – filozofa, jak sam o sobie mówi a także jak o nim mówi jego wykształcenie. Poza tym – suspendowanego księdza, byłego dominikanina, który opuścił był zakon lat temu kilka, specjalisty od mojego patrona z bierzmowania – św. Tomasza z Akwinu. Artykuł pana Bartosia, skądinąd nie nowy, bo już w 2010 roku opublikowany w Newsweeku (teraz opublikowany ponownie, gdyż wtedy nie wywołał zakładanego przez autora efektu) dotyczy sensowności i skutków pierwszej spowiedzi, do której przystępuje się będąc w drugiej klasie szkoły podstawowej, w ramach przygotowań do pierwszej komunii świętej. Jego myśl przewodnią można sprowadzić do stwierdzenia, że ta pierwsza spowiedź jest złem potwornym, powodującym traumę i cierpienie na całe przyszłe życie, choćby dlatego, że
A dlaczego? A dlatego, że musi najpierw przeprowadzić rachunek sumienia, czyli określić, kiedy i jakie grzechy popełniło, które w dodatku w przypadku ośmiolatków zazwyczaj sprowadzają się do mniejszych lub większych kłamstw wobec rodziców (ja nie stłukłem tego wazonu, sam spadł), bicia młodszej siostry, wyśmiewania kolegów w szkole czy zapalenia pierwszego papierosa. Według autora jest to jednoznaczne z faktem, że młody człowiek
I co równie ważne
A w dodatku jeszcze
Podsumowując swój tekst, p. Bartoś pisze
Wystosowuje też apel do rodziców - ratujcie swoje dzieci! Nie pozwalajcie na taką przemoc wobec waszych małych córek i synów. Pamiętam swoją własną pierwszą spowiedź. Uczucie, że odbywa się coś ważnego, podniosłego. Konieczność przygotowań, próby w kościele i na lekcjach religii, wtedy jeszcze w przykościelnej sali katechetycznej, i to, co dr Bartoś uważa za największe zło, jakie można wyrządzić dziecku, czyli rachunek sumienia, którego – wbrew autorowi – nie musiałem przeprowadzić na kartce papieru, wypisując na niej swoje grzechy i, w domyśle, dać do oceny katechetce. Pamiętam też, że nie byłem wtedy pozbawioną własnego rozumu roślinką z rączkami, której przez to, że musiała zebrać do kupy to, co zrobiła w życiu złego, wydaje się po dziś dzień, że jest brudna a wszystko, co we mnie – złe. Pamiętam, że od zawsze byłem uczony przez rodziców, głównie przez mamę, że jeśli zrobię coś złego, to lepiej się jest do tego przyznać, niż nie przyznać. Że lepiej jest powiedzieć - mama, to ja stłukłem ten wazon. Z teorii Bartosia wynika, że nie. W kwestie teologiczne – wymóg doktrynalny pierwszej spowiedzi przed pierwszą komunią – wchodzi on jednym zdaniem, jakby na podkładkę, chociaż to one akurat miałyby znacznie większy sens. Ale zasadniczą ideą jego tekstu jest zbudowanie konstrukcji prowadzącej od konieczności zastanowienia się przez drugoklasistę nad tym, co zrobiło w swoim ośmioletnim życiu źle do zaburzeń seksualnych i niekontrolowanej agresji. Trzeba przyznać – zbudowanie takiej konstrukcji to dość karkołomny pomysł. Bo jeśli uznać ten ciąg przyczynowo-skutkowy za prawdziwy, to należałoby też odstąpić od codziennego, zupełnie niereligijnego rachunku sumienia. Należałoby odstąpić od wymagania od dziecka, że kiedy zrobi – mniej lub bardziej celowo – coś, czego robić się nie powinno, to żeby się do tego przyznało. A co gorsza – należy odstąpić od nauki rozróżniania dobrego zachowania od złego. Przecież żeby dziecko mogło dobre od złego odróżnić (w dalszym ciągu niereligijnie), to musi się nad swoimi działaniami zastanawiać. Musi wiedzieć, że kiedy wyśmiewa się z piegowatego albo jąkatego kolegi w klasie, to może i ma przez chwilę dobrą zabawę, może w ten sposób integruje się z grupą i odwraca uwagę od tego, że samo jest rude. Ale musi umieć zrozumieć, że temu koledze wyrządziło krzywdę. I musi umieć jeśli nawet nie zawsze powstrzymać się od grzesznych uczynków, to przede wszystkim rozumieć, że coś, co robi nie jest dobre. Czy jeśli rodzice uczą swoje dziecko zastanawiać się i rozróżniać dobre od złego, jeśli uczą je, że kiedy zrobi coś, czego zrobić nie powinno, to musi najpierw zrozumieć, że zrobiło źle i dlaczego a potem przyjść do mamy czy taty, powiedzieć, co zrobiło i przeprosić – właśnie po tym zastanowieniu, żeby móc przeprosić naprawdę a nie tylko pustymi słowami, żeby przypadkiem mama nie zabroniła dziś obejrzeć dobranocki – to czy wywołują w dziecku poczucie, że całe jest brudne i złe? Myślę, że nie. Myślę, że to jest nauka odpowiedzialności. I umiejętności samodzielnej oceny swoich zachowań. I sądzę, że znacznie większą krzywdę wyrządzają dzieciom ci rodzice, którzy nie uczą ich tego od samego początku, bo przecież jeszcze jest za małe. A czym jest spowiedź? Dokładnie tym samym. Zastanowieniem się nad swoim postępowaniem, wybraniem tych rzeczy, które były złe, podjęciem decyzji, czy żałuje się za nie (najprościej – czy gdyby ktoś zrobił mi coś takiego, to byłoby mi miło, czy nie) i przeproszeniem za nie. I założeniem, że postaram się tak więcej nie robić, bo rozumiem, że to było niefajne. Rozumiem, że aktualnie modne jest tzw. wychowanie bezstresowe. Ale ono nie może oznaczać wychowania bez zmuszania do myślenia i do odpowiedzialności. Bo jeśli nie będziemy uczyć człowieka odpowiedzialności od początku, to niby dlaczego miałby się od nauczyć jej w wieku 15 czy 20 lat? Wychowanie bezstresowe to wychowanie z głową. Ale z głową rodzica i głową dziecka. Teoria Tadeusza Bartosia jest bzdurna kompletnie. Wpisuje się świetnie w modne ostatnio negowanie wszystkiego, co związane z kościołem. Ale negować też trzeba umieć z głową. Sam nieraz – jako wierzący – mówię o tym, co mi się w kościele (bardziej w rozumieniu instytucji niż eklezji) nie podoba. Ale twierdzenie, że dziecko przez kolejne kilkadziesiąt lat będzie cierpieć skutki tej wielkiej traumy, będzie miało napady lękowe, zaburzenia seksualne i nie będzie potrafiło skontrolować swojej agresji tylko dlatego, że kazano mu się zastanowić, czy nie zrobiło w swoim życiu czegoś złego… Widzę dwie możliwości. Albo dr Bartoś konsekwentnie będzie bronił swojej teorii i robił to z żelazną logiką, czyli potwierdzi, że taką samą traumą będzie dla ośmiolatka myślenie o tym, czy zrobił dobrze czy źle zarówno w kategoriach religijnych jak i zbitego wazonu i wyjdzie na wyznawcę teorii, że dziecko w ogóle nie powinno myśleć i uczyć się odpowiedzialności, albo też stwierdzi, że traumą jest tylko konieczność robienia tego z książeczką do nabożeństwa, ale już bez niej, czyli przed pójściem do mamy i przyznaniem się do papierosa albo przed przeproszeniem kolegi za wyśmiewanie go, traumą nie jest, czyli sam wywali ze swojego artykułu wspólny mianownik. A wtedy będzie jasne, że nie chodzi o traumę, tylko o kolejną formę, sprytną – to trzeba przyznać, pokazania, że wszystko, co robi kościół jest złe. I oczywiście Bartoś ma do tego prawo, może tak uważać. Ale kiedy do propagowania tej teorii wykorzystuje dzieci, to jest to moim zdaniem dużo bardziej obrzydliwe, niż konieczność przeprowadzenia raz na jakiś czas rachunku sumienia - religijnego czy świeckiego.
wtorek, 15 maja 2012
Na barierce siedzi młody chłopak, na oko 17 – 18 lat. Jasne dżinsy, biała bluza adidasa, czerwone sportowe buty. Pali papierosa, pije z puszki reddsa, którym poczęstowały go dwie przypadkowe dziewczyny, wracające ze sklepu. Stoją ponad metr od niego, trochę boją się podejść bliżej. Pospieszny z Łodzi do Warszawy (można rozpoznać, bo ma na ogół 11 wagonów, te z Krakowa albo Wrocławia zazwyczaj po siedem, pierwsza klasa w środku składu, nie standardowo na początku albo na końcu) kończy ich dylemat. - ponad 2 godziny opóźnienia; A może czterdziestokilkuletni mężczyzna, przez kilkanaście lat, od 1995 roku, wysokiej klasy specjalista, zarabiający w dużej, międzynarodowej firmie kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Netto. Co kwartał premia. Samochód służbowy i karnet na basen. Żona i dwójka dzieci. Czteropokojowe mieszkanie na Ursynowie, drugie piętro z windą. Płyta bo płyta, ale odnowiona. A w środku generalny remont i aranżacja jak z apartamentowca przy Kruczkowskiego. Na kredyt. Stać go, przecież jest wysokiej klasy specjalistą. A raczej był. Od sześciu miesięcy to niezależny specjalista. Czyli bezrobotny z dużą wiedzą. Więc już go nie stać. Właśnie dostał wypowiedzenie umowy kredytowej. Ma oddać całą resztę w ciągu miesiąca albo straci mieszkanie. Kilka tygodni wcześniej żona zabrała dzieci i wyprowadziła się pod Warszawę do niewielkiego domku jej rodziców. Po 18 przychodzi jego żona. Wciąż jeszcze nie zostawiła kluczy, w mieszkaniu zostało sporo rzeczy jej i dzieci. Teraz przyszła po cieplejsze ubrania, bo wieczory coraz chłodniejsze. Ale nie zdąży przeczytać pisma z banku. Zaraz po wejściu do mieszkania chce włączyć światło… - w wybuchu mieszkania na warszawskim Ursynowie zginęło 5 osób, w tym dwoje dzieci; Chcesz zostać samobójcą? Proszę bardzo. To nie moja sprawa. Nie pytam o powody. Chociaż sam uważam to rozwiązanie na najgorsze z możliwych, za oznakę tchórzostwa, to jednak wiem, że każdy ma swoją skalę problemów i swoje granice odporności. I że dla wielu osób to wydaje się być jedynym rozwiązaniem. Więc zabijaj się, człowieku. Zabijaj się na zdrowie. Ale kiedy decydujesz się na samobójstwo i zaczynasz myśleć nad sposobem, to pamiętaj, że Twoje problemy to wyłącznie Twoje problemy. Nie obciążaj nimi innych. Nie dodawaj innym problemów tylko dlatego, że sam je masz i nie umiesz sobie z nimi poradzić inaczej. Pamiętaj, że skok pod pociąg zakończy Twoje kłopoty, ale spowoduje je u setek innych osób. Ktoś nie zdąży na własny ślub, ktoś na czas nie dotrze na rozmowę kwalifikacyjną, może ostatnią szansę na otrzymanie pracy i spłatę kredytu w terminie, zanim nie zabiorą mu mieszkania. A ktoś inny, widząc Twoje zwłoki na szybie metr przed sobą już nigdy nie dojdzie po tym do siebie. Pamiętaj o tym. Jeśli tego nie zrobisz, jesteś nie tylko tchórzem, ale też idiotą. A może i mordercą.
czwartek, 10 maja 2012
Zapominam. Są rzeczy, o których pamiętać nie należy, nie wolno, nie ma dla nich miejsca. Już. Nie. Jak jedenastoletnia dziewczynka w szpitalnej sali, która kiedyś wymyśliła, że pokaże swojemu koledze równieśnikowi z łóżka ze ścianą, jakiej to zbuntowanej muzyki słucha i włączyła mu na walkmanie (oryginalny, Sony) Creeping Death Matalliki, po czym on zawiódł ją okrutnie, bo zamiast paść z wrażenia, jaka to z niej ostra dziewczyna, powiedział – czekaj moment – pobiegł do swojej sali i wrócił z Show No Mercy. Slayer, gdyby ktoś nie wiedział. Tym bardziej powinno się zapomnieć, jak po kilku latach znów napisał do niej list. Wcześniej, kiedy wyszli ze szpitala, przez wiele miesięcy jeszcze komunikowali się w ten sposób, listami właśnie. Takimi na papierze, często kolorowym, z dorysowywanymi własnoręcznie obrazkami (to ona) i doklejanymi mentosami zapakowanymi w folijkę (to on). Potem nastąpiła nagła przerwa w pisaniu i bardzo rzadkim dzwonieniu do siebie – o powodach tej przerwy też powinno się zapomnieć. A kiedy mieli po prawie szesnaście lat, znów wysłał list. Nie spodziewał się, że odpowie. Odpowiedziała. Napisała, że słucha dance i techno i jest skateówką. Jak mężczyzna niewiele przed czterdziestką, który po miesiącu czy dwóch nieobecności spowodowanej może wpadnięciem w kolejny alkoholowy ciąg (tym razem i tak byłby dość krótki, jeden z poprzednich spowodował, że jego najmłodszy syn był ochrzczony, kiedy miał rok, równocześnie ze swoją starszą o trzy lata siostrą), może nowym romansem, może kolejnym nie do końca jasnym biznesem a może wszystkim tym jednocześnie pojawia się w końcu w domu nie całkiem trzeźwy ale jak zwykle w gładkiej białej koszuli i ciemnoszarym garniturze z idealnie zawiązanym krawatem w kolorze ciemnego burgunda i wieczorem, kiedy myśli, że jego dzieci już śpią, robi awanturę swojej żonie, krzycząc do niej między innymi – zabiję Cię. Jak dwunastolatek, który wyszedł we wtorek po kilka bananów do warzywniaka za rogiem i wrócił w piątek. Podobno, bo tego nie pamięta. Pamięta dopiero od kolejnego wtorku. Wcześniej nic. Prawie nic. Ale to, co zapamiętał, kilka lat później było powodem karczemnej awantury, jaką zrobił swojemu bratu, który po odebraniu zdanego za siódmym podejściem prawa jazdy kupił sobie brązowego opla rekorda. Od tamtego wtorku, kiedy miał ochotę na banany, bardzo nie lubi brązowych opli rekordów. Tylko, że ja mam sklerozę. I zapominam zapomnieć.
wtorek, 08 maja 2012
I znów o jednego kota mniej. Dokładnie rzecz biorąc, o małą, niespełna trzyletnią kociczkę mniej. Zupełnie znienacka, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, bez żadnej, nawet delikatnej zapowiedzi. Po prostu. Była. A koty potrafią zapowiadać. Kiedy mała ruda paskuda, która przez całe półtora roku swojego życia wykorzystywała każdą nadarzającą się okazję, żeby wleźć Ci na kolana, nagle wybrała sobie na miejsce egzystencji najgłębszy kąt niewielkiej szafki na ścierki, z którego wychodzi tylko po to, żeby raz dziennie coś zjeść, chociaż wcześniej żarłaby bez opamiętania, to znaczy, że dzieje się z nią coś niedobrego. Albo jeszcze wcześniej, kiedy matowieją jej oczy. Albo kiedy wąsy robią się wiotkie. Albo kiedy nie potrafi powstrzymać ślinienia. To nie pies, żeby kapało z mordy. Kiedy kot się ślini, coś nie gra. Albo kiedy nie może wskoczyć na krzesło, chociaż tydzień wcześniej bez kłopotu dostawała się z podłogi na szczyt prawie dwumetrowej lodówki. Koty potrafią zapowiadać. Najważniejsza zapowiedź, to alienacja. Nawet trudne koty, które wydają się mało zainteresowane ludźmi, kiedy chcą zapowiedzieć, alienują się bardziej. Inaczej. Specyficznie. Ale trzeba mieć oczy otwarte, o kot sam nie przyjdzie powiedzieć, że coś mu jest. Pies – pies pokaże. Będzie piszczał, denerwował się. Wyraźnie da odczuć, że go boli. Kot nie. Kot odejdzie. Najpierw od Ciebie, potem w ogóle. A ona… nic. Bawiła się jak zawsze jeszcze godzinę wcześniej. Pół godziny wcześniej – zjadła porządny obiad. Potem poszła spać, tam gdzie zwykle. A chwilę później już jej nie było. Czarnuch dalej nie może sobie znaleźć miejsca…
czwartek, 03 maja 2012
Po pierwsze, nareszcie kończy się ten cholerny długi weekend. To jest jakaś paranoja, żeby biorąc dwa czy trzy dni urlopu, mieć dziewięć dni wolnego. I dlaczego? Bo święto, za przeproszeniem, pracy. Gdzie sens, gdzie logika? Jak jest tłusty czwartek, to żremy pączki. Jak jest wszystkich świętych, to siedzimy na cmentarzach – czyli robimy to, co świętujemy. Tak generalnie się to odbywa. A jak jest święto pracy – to kurna wszystko, tylko nie do roboty, cholera mać. A skoro tak świętujemy tę pracę, to pierwszego maja wszyscy powinni siedzieć na zakładzie i robić 12 godzin, nie osiem. O! Ja wiem, wiem. Teraz to nie święto pracy, tylko rocznica uzyskania przez Polskę członkostwa w Unii Europejskiej. Ale czy to jest powód do robienia dnia wolnego? Jak na razie, chyba jeszcze nie. Za wiele osób jest wciąż na nie, żeby robić z tego, tak myślę, święto narodowe połączone z dniem wolnym. No, chyba, że to ma przekonać nieprzekonanych. Ale wątpię, żeby ten system zadziałał. Albo trzeci maja. Święto konstytucji. Też nie bardzo mi się podoba. Rozumiem, że mieliśmy konstytucję jako pierwsi w Europie. Że jak na tamte czasy, to było coś. Ok, było. Tylko że – wbrew dość popularnemu podejściu do tematu – wcale nie zwiększała i nie wzmacniała zasad demokracji, tylko je nawet nieco zmniejszała a dodatkowo została przyjęta w sposób, który zastosowany w czasach obecnych byłby przez cały demokratyczny, tzw. cywilizowany świat, uznany byłby za coś w pobliżu zamachu stanu. No i jej przyjęcie było przyczynkiem do drugiego rozbioru. Dla jasności – nie twierdzę wcale, że to źle, że ona była. Wcale nie. Fajnie, że coś tam kombinowali. Ale miała tyle negatywnych stron i skutków, że nie mam pewności, czy słusznym jest jej świętowanie. Z tych trzech dni sam osobiście za dzień wolny od pracy – jeśli już jakiś być musi – wybrałbym 2 maja, czyli święto flagi. Przynajmniej dość jednoznaczne i neutralne. Po drugie. Koko koko i już dalej wiecie co. Wieś tańczy i śpiewa w całej okazałości swojej, wraz z temi kłosami złocistemi, potokami szumiącemi i dziecięliną pałą. Czy naprawdę wszystko, co ma być nasze, polskie, musi zawierać w sobie pięć bab łowickich? Albo być mdłe i smętne (pozostałe piosenki konkursowe, np. OTTO ze swoim przebojem dynamicznym, energetycznym, porywającym do walki, na koń siadania i szabli chwytania, ale może jutro, co, bo jakoś spać się zachciało) jak pomidorowa na niedzielnym rosole z korpusów? Plus taki, że zagraniczni kibice w połączeniu z piwem nie zrozumieją tekstu, tylko usłyszą skoczny rytm. Żyję nadzieją, że piwo będzie zacne a kibice nie postanowią podszkolić się z języka przed przyjazdem na euro. I po trzecie. Dobrze, że tylko jutro do pracy i zaraz weekend, bo jakiś człowiek zmęczony ;)
środa, 25 kwietnia 2012
Pół roku i 19 dni.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Zdałem maturę. Przed chwilą, na TVP1. W sensie - nie ja byłem w TVP1, tylko Wielka Matura a ja zdawałem ją przed telewizorem, ale zdałem. Wynik osiągnąłem co prawda niezbyt mnie satysfakcjonujący, bo na 25 pytań odpowiedziałem poprawnie 21 razy, czyli miałem 4 odpowiedzi błędne. Nie byłem więc zadowolony za bardzo, ale potem pokazali średnią procentowość wyniku z matury przeprowadzanej równolegle w internecie, która to średnia (różne grupy - umysły ścisłe, humanistyczne, złote rączki i łamagi, faceci i kobiety itd.) wynosiła w granicach 53%, czyli przy tym moje 84 (dobrze liczę?) to i tak wynik jakby nieco z kosmosu. Ale i tak nie jestem zadowolony, w końcu cztery razy odpowiedziałem źle.
sobota, 21 kwietnia 2012
Prezes Kaczyński wraca do wysokiej formy. Mówię to absolutnie bez ironii, jego dzisiejsza akcja, to jak rozegrał Zbigniewa Ziobrę było politycznym mistrzostwem. Zaplanował akcję, przeprowadził ją i wygrał. Można pomyśleć, że przecież już wcześniej wzywał Solidarną Polskę ZZ do jedności. Ale tamto wezwanie z góry było wiadomo, że jest skazane na porażkę. Na konferencji prasowej, jedynie przed dziennikarzami, w dodatku typowym dla prezesa tonem typu „ja tu rządzę”, „możemy im wybaczyć” - czyli tonem porzuconego, ale groźnego ojca, który w chwili dobroci przywołuje swojego syna marnotrawnego do porządku, ale bardziej dla zasady, niż dlatego, że mu na nim zależy A dziś? - Zwracam się do Ciebie, Zbyszku. Zapomnijmy o tym, co było złe. Idźmy razem! Wracajcie! Zupełnie nie po prezesowemu, wydawać by się mogło. Nie – zwracam się tu do Zbigniewa Ziobry, ale bezpośrednio do niego, imiennie, w dodatku zdrobniale. I to zapomnijmy. Czyli – ja zapomnę, co było złe z Twojej strony i Ty zapomnij, co było złe z mojej. To już w ogóle niepodobna. Jarosław Kaczyński, który przyznaje się, choć nie wprost, ale w bardzo dużym domyśle, do jakichś błędów – czyżby znów dostał mocniejsze proszki? Nie, w żadnym wypadku. To była absolutnie przemyślana zagrywka, przeciwko której Ziobro nie mógł nawet próbować się bronić. Co mógłby zrobić, kiedy coś takiego słyszy na własne uszy dwudziestotysięczny tłum? Tłum, co ważne, zwolenników pana księdza Tadeusza Rydzyka, który to tłum jest w pewnym stopniu również jego zwolennikiem, ale przede wszystkim jest wyznawcą absolutnym, mimo że czasem widzi niedociągnięcia, Jarosława „polskęzbawa” Kaczyńskiego? Tłum, który za Ziobrą pójdzie czasem, za prezesem zawsze. Tłum, który widzi swojego przewodnika, słyszy z jego ust słowa pełne dobroci (zgodnie z ostatnio przyjętym hasłem zło dobrem zwyciężać), ciepłe, przebaczające i proszące o przebaczenie niemalże. Czy mógłby powiedzieć przed tym tłumem „Prezesie Jarosławie, goń się leszczu”? Czy mógłby powiedzieć „Nie, nie idziemy razem”? Nie mógł, absolutnie nie mógł. Budował przez ostatni czas wizerunek Kaczyńskiego jako tego, który swoimi pociągnięciami rozbija prawicę – w końcu to on ich wyrzucił z partii, sami nie odeszli. Gdyby zareagował brakiem zgody na takie słowa prezesa, sam wpadłby we własne sidła – prezes mu proponuje zjednoczenie, czy porozumienie, a ten odmawia, znaczy, że wcale nie chce jednej prawicy, dobrze mu z prawica rozbitą. A rodzina Radia Maryja zapamiętałaby mu to, w końcu Tadeusz Rydzyk też popiera tę partię prawicową, która ma największe szanse na dobry wynik w wyborach, więc bez wątpienia opowiedziałby się po stronie Kaczyńskiego, nie Ziobry. Więc czegokolwiek Ziobro nie pomyślał, kiedy usłyszał te słowa – mógł zrobić tylko jedno, czyli odpowiedzieć podobnie. Z pełną świadomością porażki. Teraz zapewne zacznie się odwracanie myszy ogonem (nie kota, nie chcę, żeby jakiś Ziobro czy Kaczyński dobierali się do mojego ogona) i twierdzenia, że oczywiście po chrześcijańsku zapominamy o tym, co złe, idziemy razem, ale obok siebie, razem, ale jako SPZZ i PiS, dwie osobne partie. Co też wiele nie da, bo ludzie propozycję prezesa odebrali jednoznacznie. I zgodę Ziobry też. Więc przegra on, jeśli dotrzyma danego słowa o iściu razem, ale w pełni razem – padnie jego partia, on sam straci szansę na prezydenturę, a tym bardziej przegra, jeśli nie dotrzyma. Bo ludzie zapamiętają go jako tego, który najpierw zapowiada zgodę i powrót (w końcu prezes powiedział Wróćcie! a ten odpowiedział Zapominamy, jesteśmy razem) po czym pokazał prezesowi i wszystkim, którzy go widzieli i słyszeli (również w RM i TT) figę. Czyli jednym zdaniem, prezes pożarł Ziobrę, jak kiedyś Leppera i Giertycha. Tylko cwaniej, bo jedną krótką wypowiedzią. Smacznego, Panie Prezesie!
A mnie za oknem gra
czwartek, 19 kwietnia 2012
Siedząc przy stole w kuchni ze świeżo zaparzoną kawą, czerwonym marlboro i kotem, który ułożył się na moim karku a teraz powolnymi ruchami języka, w pełnym skupieniu, jak gdyby bał się, że robi to po raz ostatni, więc wkłada w tę czynność całe swoje kocie serce, myje sobie prawą przednią łapę szykując się do pierwszej porannej drzemki, staram się jak najdokładniej odtworzyć dzisiejszy sen. Robię tak prawie każdego poranka. Przypominam sobie po kolei każdy obraz, każde słowo i każdą myśl, składam je na nowo w nocną historię i oglądam raz jeszcze. Nie robię tak dlatego, że przykładam jakąś szczególną wagę do snów, ani dlatego, że wierzę w ich ukryte znaczenie.
środa, 18 kwietnia 2012
Cała ta historia zwana własną firmą jest w sumie fajna. Fajne jest, że robisz zasadniczo to, co chcesz albo lubisz – jak wolisz. Fajne jest to, że to co robisz, robisz tak, JAK chcesz. Że jak coś spaskudzisz, to nikt Cię z roboty nie wywali, tylko co najwyżej przelew od klienta na konto nie wejdzie, jak spaskudzenie będzie konkretne. Fajne jest, że możesz do pracy przyjść, albo nie – i nie musisz się nikomu tłumaczyć, co najwyżej sms „dziś mnie nie ma”. Fajne jest, że możesz zamknąć się w swoim przytulnym gabineciku, położyć sobie kurtkę albo plecak pod głowę i iść spać o 13. I to, że możesz ciągnąć z chomika a nikt nie kontroluje, do jakich celów wykorzystujesz biurowy internet. Przy tym fajne jest też to, że o ile Ciebie nikt pod tym kątem nie kontroluje, to Ty możesz kontrolować całą resztę i od czasu do czasu, celem podkreślenia, kto tu rządzi, wchodzisz do pokoju, w którym siedzą małe pracowite robaczki, podchodzisz do dziewczyny z wiecznie napuszonymi lokowanymi włosami i tatuażem na ramieniu przedstawiającym – między innymi – paczkę marlboro, na której napis jest lekko zasłonięty w taki sposób, że widać tylko dwie litery, które, któż by się domyślił, są inicjałami jej chłopaka (dziewczyna ma 21 lat, ciekawe, ile razy jeszcze na pierwszej randce będzie pytać faceta o nazwisko, bo wiesz, muszę wiedzieć, czy mi do tatuażu pasujesz), siadasz na rogu jej biurka i mówisz, że jeszcze raz wejdzie na kurwy, wino i pianino, to jej zablokujesz odgórnie dostęp na fejsa w służbowym kompie. I gg, do kompletu. A co. Fajne jest, kiedy – to na ogół dzieje się w poniedziałek, zwłaszcza jeżeli w piątek wyszedłeś wcześniej a robaczki zostały, bo miały sporo jeszcze do ogarnięcia przed weekendem – zaraz po wejściu do biura masz przygotowaną kawę, więc siedź, pij i nie właź do kuchni, bo jeszcześmy butelek wszystkich nie wynieśli, a tak w ogóle, to jak masz w planach przyjść do biura przed 10, to weź dawaj znać wcześniej, co boss? W ogóle to wszystko jest fajne. I tylko jedna rzecz jest zupełnie niefajna. A ja, gdybym mógł, dziś rano rzuciłbym na biurko papier z krótkim, acz jednoznacznym stwierdzeniem – mam Was wszystkich w dupie. Zabrałbym swój kubek, książki leżące w dolnej szufladzie biurkowego kontenerka, awaryjne puszki tigera i pojemnik z kupioną za jakiejś potworne pieniądze, 115 polskich nowych za kilogram, New York Extra (5% Jamaica Blue Mountain), ze służbowego HP skasowałbym wszystkie prywatne zdjęcia i dokumenty, przez nieuwagę zostawiając tylko ten, w którym opisuję, poddając się nieraz złemu nastrojowi, wszystkie bezsensy właśnie rzucanej pracy i wyszedłbym, po raz ostatni – z ulgą – zamykając za sobą drzwi do biura. Idąc do autobusu spojrzałbym z ulgą na dworzec kolejowy z gigantyczną wyciskarką do cytryn na czubku, znaczy tego... na Świątynię Opatrzności Bożej, a potem pojechałbym na Krakowskie Przedmieście upić się w pierwszych napotkanych zakąskach. Nad ranem, wciąż pod wpływem, wsiadłbym na Dworcu Centralnym w pierwszy pociąg w góry. A po miesiącu albo dwóch wróciłbym do Warszawy i otworzył kawiarnię z najlepszym espresso w mieście i półkami pełnymi książek, które każdy mógłby brać i czytać, pijąc kawę i słuchając delikatnego jazzu. Gdybym... A tymczasem pora wypić kawę, wziąć prysznic, wyprasować koszulę, zawiązać podwójnego windsora i założyć nowe buty z TK MAXX'a. I o 9 rano zrobić robaczkom zebranie motywacyjne, bo coś mam wrażenie, że ostatnio jakby trochę wypaleni. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bywam
|